Start Niepłodność Opowieści terapeutyczne o niepłodności

Brzuszkowo

Bobasowo

Zdrowie i Uroda

Kuchnia i Dom

Tygiel użytkowników

Nagłówki RSS

Designed by:
Opowieści terapeutyczne o niepłodności Email
Wpisany przez Bogda Pawelec   

Opowieści terapeutyczne o niepłodności Bogda PawelecKsiążka, którą kieruje przede wszystkim do ludzi walczących co miesiąc, czasami przez wiele lat o upragnione dziecko, jest plonem mojej wieloletniej pracy z osobami dotkniętymi niepłodnością. W bloku mieszkalnym, liczącym piędziesiąt mieszkań mniej więcej w dziesięciu ludzie rozpaczają, bo nie mogą doczekać się własnego dziecka.

 

Widziałam tę rozpacz i pojawiające sie co miesiąc nadzieję i żałobę. Niepłodność nie jest karą, tylko chorobą i jak każda choroba ma swoje rozliczne przyczyny. W swojej książce postaram się przybliżyć psychiczne powody niepłodności. Najczęściej współistnieją one z przyczynami fizjologicznymi, a połączenie ich obu, moim zdaniem, powoduje, iż leczenie staje się znacznie dłuższe i trudniejsze.

Bogda Pawelec

 

Bogda Pawelec napisała dziesięć opowieści terapeutycznych, w których opisuje historie zmagań swoich Pacjentek z dotarciem do swego prawdziwego Ja. Miejscem spotkań jest zawsze gabinet psychoterapeuty, jednak prawdziwa akcja rozgrywa się w świadomości kobiety. Autorka pozwala nam śledzić proces odkrywania własnej tożsamości przez jej Pacjentki w stylu przypominającym dobry kryminał, a co więcej, nie pozbawionym lekkości i humoru. Mnie – lekarzowi – pokazała, jak niewiele wiemy o naszych pacjentkach i jak często jednostronne jest nasze podejście. Książkę tę można polecić wszystkim, którzy profesjonalnie zajmują się leczeniem niepłodności. Ale sięgną po nią też pary, dotknięte niezamierzonym brakiem dzieci. Być może ludzie ci odkryją, że nie są sami ze swoim cierpieniem, a wtedy opowieści te staną się i dla nich terapeutyczne.

dr n. med. Wojciech Pabian, ginekolog-położnik

 

Z radością prezentujemy czytelnikom portalu fragment książki Bogdy Pawelec.

Kinga Krawczyk-Piskorz, Staramy się.pl

 

 

*

Bogda Pawelec

"Opowieści terapeutyczne o niepłodności. Czekając na bociana"

*

Rozdział 1. I tak cię muszę zabić

*

– Chciałabym umówić się na wizytę. Jak najszybciej – głos w słuchawce zabrzmiał ostro i zdecydowanie. – Polecił panią mój ginekolog. Nie mogę zajść w ciążę i leczę się już pięć lat.
Parę dni później w drzwiach gabinetu stanęła wysoka, ładna, wysportowana trzydziestoletnia kobieta.
– Jestem Anna.
Uścisk jej dłoni był tak mocny, że przez chwilę myślałam, że zmiażdżyła moją rękę. Była ubrana bardzo elegancko. Szare wełniane spodnie, długa marynarka o ton ciemniejsza, pod spodem kremowy t-shirt, duża skórzana czarna aktówka. I żadnych ozdób. Nic. Tylko zegarek, zapewne markowy. Włosy miała przycięte krótko; pomyślałam, że robienie fryzury codziennie rano nie sprawia jej kłopotu. Ot, myje głowę, trzepie albo suszy pięć minut i gotowe.
Do tego dobrze dobrany makijaż. Cały ten, naprawdę wypracowany, wizerunek pokazywał, że na wyglądzie, jak każdej kobiecie, bardzo jej zależy.
Pierwsza myśl, jaka mi przyszła do głowy, tak ważna w kontakcie z pacjentem, to, że mało w niej wyraźnych kobiecych cech i mimo wszystko bardziej przypomina mężczyznę.
- Wcale nie miałam ochoty tutaj przychodzić. To okropne prosić kogoś o pomoc, wywlekać jakieś swoje sprawy, jęczeć, narzekać...
- Dlaczego to jest dla pani takie okropne? - zapytałam z niekłamaną ciekawością.
Była tak zaskoczona, że zamilkła.
- Bo to jest poniżające! I co ktoś może mi tak naprawdę pomóc... Człowiek musi radzić sobie sam! Zawsze. I w każdej sytuacji.
- Dlaczego? - brnęłam dalej, czując, że chyba jednak się pogrążam.
Doprowadzenie potencjalnego klienta do purpury na twarzy i wbijania paznokci w fotel na pierwszym spotkaniu nie wróży nic dobrego. A Anna aż kipiała złością. Zaczęłam zastanawiać się, o co tu chodzi. Czy przyszła z powodu uzależnienia od lekarza, który ją skierował, i teraz wyżywa się na mnie, bo boi jemu się przeciwstawić? - Nie, to nie ona. Ona mówi wszystko wprost, zanim pomyśli. A poza tym ginekolog, który skierował ją do mnie, jest mądrym człowiekiem. Nigdy niczego pacjentowi nie narzuca. Rozmawia, słucha, tłumaczy.
Czy zatem jednym z jej głównych problemów, który ujawnił się natychmiast po przekroczeniu drzwi gabinetu, jest kontrola złości? Pacjent potrafi powiedzieć o swojej dolegliwości, problemie bardzo wiele już na pierwszym spotkaniu, sam o tym nie wiedząc. Ba! Potrafi nawet dać nam wskazówki, czego potrzebuje, żeby poczuć się lepiej. Pacjent nie wie, że wie.
Tylko nie zawsze my, terapeuci, mamy tak wyostrzone zmysły, żeby to zauważyć, zapamiętać i wrócić do tego w odpowiednim momencie. Ktoś wejdzie skulony, cichy, zgadzający się w każdym słowem terapeuty, jakby chciał powiedzieć: „Zrobię wszystko, co chcesz. To ty masz rację, podejmij za mnie decyzję”. Wtedy jednym z jego centralnych problemów jest zależność, czyli chęć podporządkowania się komuś, przy jednoczesnej frustracji, jaka wynika z tego, że dla poczucia bezpieczeństwa człowiek ten robi w życiu wiele rzeczy zgodnie z oczekiwaniami innych.
Ktoś inny siada na moim fotelu, mimo że wyraźnie widać, iż wokoło rozrzucone są notatki, zakłada nogę na nogę i oświadcza: „Jestem taki nieśmiały”. Z dużym prawdopodobieństwem ma problemy z autorytetami. Nie może znieść, że istnieją, więc walczy z nimi nawet o miejsce na fotelu; o walkach z przełożonymi, nauczycielami, szefami już nie wspomnę. Często zaś za tą pozorną arogancją kryje się człowiek niepewny, porzucony przez kogoś dla niego ważnego.
Anna przywołuje mnie do porządku: - Człowiek powinien radzić sobie sam w każdej sytuacji, to nie podlega dyskusji. Inaczej zginie.
No cóż, postanawiam się z nią nie kłócić, przynajmniej w tym momencie. Ale myślę sobie, że pewnie wcale nie jest jej łatwo tak „trzymać twarz”, chociaż nie jest tego w pełni świadoma.
Już na pierwszym spotkaniu byłam prawie pewna, że Anna ma jakieś problemy z tożsamością płciową. Jej uścisk dłoni jakby chciał powiedzieć: „Jestem bardzo mocna, poczuj to i dobrze zapamiętaj”. Stanowczy ton jakim domagała się natychmiastowej wizyty też wydał mi się nienaturalny. Co mogło by pokazać się pod tym pancerzem obron? Może delikatność, jakaś słabość, ochota, na powierzenie komuś swoich kłopotów?
Gdybym wtedy wiedziała tyle, ile odważyła się zdradzić mi wiele miesięcy później, mogłabym popełnić spory błąd, pokazując, jak bardzo jej współczuję i jak przerażające jest to, co przeżyła. Wtedy mogłaby poczuć się kompletnie pozbawiona oparcia. Tak jak, zapewne, w przeszłości.
Ale na szczęście pacjenci są bardzo mądrzy. To oni budują cały scenariusz spotkań. Sondują nas i siebie. Ile w konkretnym momencie mogą poczuć, powiedzieć, zmienić, ile są w stanie znieść.
Psychoterapia przypomina trochę proces twórczy. Nie ma jasno określonych zasad, reguł postępowania i recept. Ponadto przebiega w relacji dwóch lub więcej osób (jeśli ma charakter grupowy).

Powoli rozpoczynał się proces terapii Anny. Nasz kontrakt dotyczył poszukiwania odpowiedzi na pytanie o ewentualne psychologiczne powody jej trudności w zajściu w ciążę, a jeśli takie były, to co musi się zmienić w jej przeżywaniu i zachowaniu, żeby miała większe szanse na urodzenie dziecka.
Anna cierpiała na przypadłość natury immunologicznej. Jej śluz szyjkowy zabijał plemniki. Zresztą nie tylko męża, jak wykazało specjalistyczne badanie. Zaburzenie tego typu nie pozwala, żeby plemniki przedostały się z szyjki macicy do jajowodów i tam dokonały zapłodnienia komórki jajowej. Sprawa jest bardzo trudna do leczenia, bo teoretycznie wymagałaby czegoś, co nazywa się immunosupresją – trzeba by Annę pozbawić całej odporności (tak jak to się dzieje na przykład w AIDS), a wtedy przestałaby reagować zabójczo na cudze białko. Plemniki to przecież różnego rodzaju białka.

Zatem Anna „mordowała plemniki”- tak właśnie sama wyrażała się o swojej chorobie. Dodatkowo miała pewne kłopoty z dogadaniem się z lekarzami, którzy ją leczyli. Ten, który zaproponował jej spotkanie ze mną był, kolejnym z długiej listy, których odwiedziła w ciągu ostatnich pięciu lat.
– Pierwszy traktował mnie jak przedmiot. Nic nie mówił, zapisywał zlecenia, wizyta trwała trzy minuty i „następna, proszę”... Drugi obiecywał złote góry, był bardzo ujmując, ale przedłużał badania w nieskończoność. Zaczęłam go podejrzewać, że chodzi to, żebym jak najdłużej płaciła za konsultacje. Kolejny, och już nie pamiętam, też był do niczego. Chciał mnie od razu położyć na stół i robić operację, a ja śmiertelnie boję się narkozy.
– A ten obecny?
Byłam już poważnie zaniepokojona, bo wyglądało na to, że Anna wydała wojnę wszystkim ginekologom świata. Oczywiście zdarzają się lekarze nadużywający zaufania oraz portfela pacjentek, ale nazwisko przynajmniej jednego z jej dosyć długiej listy było mi znane; wiedziałam, że jest to niezwykle rzetelny i uczciwy specjalista.

Terapia Anny powoli ruszała z miejsca i, jak się okazało, trwała dwa lata. Anna powiedziała mi wiele miesięcy później, że gdyby wtedy wiedziała, jak długo to potrwa, uciekłaby pierwszego dnia. Oczywiście w trakcie zawierania kontraktu była o tym mowa, że trudno przewidzieć czas leczenia. Anna nie wzięła tego jednak pod uwagę. Uznała, że upora się z tym problemem bardzo szybko.

W życiu radziła sobie praktycznie z wszystkim, co było dla niej ważne. Skończyła studia z wyróżnieniem, łatwo znalazła pracę w swoim zawodzie i szybko pięła się po szczeblach kariery. W momencie kiedy się spotykałyśmy, była szefową dwudziestoosobowego zespołu. W pracy szło jej dobrze, choć czasami dochodziło do spięć z bezpośrednimi przełożonymi, zwykle mężczyznami. Z kobietami pracowało jej się, jak twierdziła, świetnie i była przez współpracownice szanowana. Dbała o nie, walczyła o ich prawa, na przykład do podwyżek, w których często, według niej, były – w przeciwieństwie do kolegów – pomijane.
Praca z nią od początku, mimo ogromnego ładunku agresji, który się w niej kotłował, była ogromną przyjemnością. Chętnie mówiła o sobie, poszukiwała, śniła, sama interpretowała swoje zachowania. Dokładnie jak w innych sprawach w życiu. Chciała być „świetna”.
Początkowo to pomijałam, gdyż nie do wytrzymania było dla niej mówienie o czymś, z czym sobie nie radzi. Żeby poczuć się bezpiecznie, musiała wykreować sytuację „po swojemu”.

W gruncie rzeczy pod spodem była osobą niepewną, zakompleksioną, a kompensującą ten fakt nadmierną pewnością siebie oraz potrzebą kontrolowania sytuacji, w jakich uczestniczyła. Cecha ta niewątpliwie pomagała jej w pracy, gdzie musiała kierować innymi i być w tym wiarygodna. Ale w życiu osobistym? Musiała być to mordęga, ciągle grać rolę „świetnej”. Brak dziecka traktowała jako osobistą porażkę i nie mogła pogodzić się z faktem, że do tej pory w życiu zawsze w trudnych sytuacjach potrafiła sobie poradzić, znaleźć jakieś wyjście, a tym razem czuła się kompletnie bezsilna.
- Jakie to uczucie, kiedy nie od pani coś zależy? - zapytałam ją kiedyś.
– Furia – wystrzeliła bez namysłu.
- Może jeszcze coś oprócz furii?
Na moment przestała oddychać, a w jej oczach pojawił się lęk. Trwało to krótką chwilę i natychmiast wróciła do potoku słów wystrzeliwanych jak z karabinu maszynowego, złoszcząc na lekarzy, szefów, taksówkarzy, męża, który nie naprawił samochodu, niesprawiedliwości społecznej i tak dalej. Tak zaczynała się niemal każda sesja. Wpadała zawsze z jakąś małą złością „na świat”.

Anna kompletnie nie potrafiła konfrontować się z innymi uczuciami oprócz złości i kiedy prosiłam ją, żeby stwierdziła, czy może odczuwać coś jeszcze oprócz niej, natychmiast obracała temat w żart, albo uparcie twierdziła, że nic innego nie czuje, bo właściwie, co miałoby to być.
Dawało to oczywiście sporo do myślenia. Podejrzewałam, że pod złością kryje się lęk, może żal, uczucia z jakiegoś powodu stłumione, mogące wzbudzić zbyt mocne, według niej, doznania, tak że podświadomie się ich pozbyła, aby nie stanowiły niebezpieczeństwa. Od pierwszych naszych spotkań zastanawiałam się też, kto wyrządził jej taką krzywdę i co to jest za krzywda, którą jako dorosła osoba tak mocno w sobie nosi.

Historię swojego życia dozowała powoli. Początkowo powiedziała mi tylko, że pochodzi z rozbitej rodziny. Rodzice rozstali się, gdy miała 12 lat, a jej młodsza siostra rok. Z czasem, kiedy nabrała zaufania, opowiedziała mi historię, która zmroziła mi serce, a nóż otworzył się w kieszeni.

Stało się to pewnego dnia, gdzieś w połowie terapii. Poprosiłam ją, żeby przyniosła na spotkanie jakieś swoje zdjęcia. Kilka zdjęć, które w jakiś sposób ją poruszają. To bardzo dobry sposób, żeby pojawiły się różne wyparte wspomnienia, a za tym i ukryte emocje.

Przyniosła. Wśród nich było jedno, które mnie bardzo zaciekawiło. Dzień jej Pierwszej Komunii św. Na zdjęciu ona w białej sukience. Za nią mama trochę jakby z boku, z jakąś skargą w postawie i w twarzy oraz ojciec, który próbuje przytrzymać Annę za ramię. Próbuje, bo na zdjęciu wyraźnie widać, że ona tego nie chce. Na jej buzi maluje się coś pomiędzy strachem, obrzydzeniem i złością, a całe ciało robi wszystko, żeby się wyrwać. I to bynajmniej nie w stronę mamy, tylko w drugą – tam, gdzie na fotografii jest kompletnie pusto.
Zrobiło mi się zimno, kiedy zobaczyłam to zdjęcie. Zapytałam ją, dlaczego je przyniosła.
- Nie mam pojęcia. Wzięłam je jakoś odruchowo...
- A co pani czuje, kiedy teraz na nie patrzy?
Bardzo długo milczała, a ja czułam, że dzieje się coś bardzo ważnego, i siedziałam, bojąc się odetchnąć.
- To jest strach - wyszeptała - straszliwy paraliżujący mnie strach, nie mogę wydobyć głosu.
- Pani zna to uczucie, prawda? – mój Boże, naprawdę bałam się w tym momencie razem z nią.
- Bił mnie, Boże, jak on mnie strasznie bił. Kiedyś był pijany, o coś się wściekł, chyba że za głośno śpiewałam piosenkę. Podniósł mnie i rzucił o szafę. Złamał mi kilka żeber. Miałam wtedy może ze cztery lata. Kiedyś zaczął mnie dusić, pamiętam, że zaczęłam tracić oddech i chyba zemdlałam. Boże, nie chcę o tym pamiętać. To jest potworne. Jak ja się strasznie boję.
Anna szczękała zębami, twarz miała kredowobiałą, chociaż na dworze tego dnia panował upał. Ta groza sprzed trzydziestu lat pojawiła się i zalała cały pokój. Byłam wstrząśnięta. Chociaż wiele razy pacjenci opowiadają mi koszmary ze swojego życia i zawsze czuję ból, współczucie, przygnębienie, ta historia wydała mi się wprost niewiarygodna.
Niestety, chyba jednak wydarzyła się naprawdę.
Na tej sesji Anna siedziała skulona jak małe dziecko i trzęsła się ze strachu. Poprosiła męża, żeby po nią przyjechał; czuła, że sama nie jest w stanie prowadzić.
To był przełomowy moment w terapii. Worek ze wspomnieniami i uczuciami się otworzył. Już nie chciała niczego przed sobą – i przy okazji przede mną – ukrywać.

- Ojciec był wstrętnym alkoholikiem. Pił bez przerwy, zwykle nie pracował. Przepijał nawet to, co zarobiła mama. Nienawidziłam go, był obrzydliwy. Wracał do domu, zataczał się i wrzeszczał na całą ulicę różne inwektywy pod adresem mojej matki. Czasami sąsiedzi przychodzili i mówili, że leży na klatce schodowej, zapaskudzony, śmierdzący. Musiałyśmy z mamą wlec go do domu, kompletnie nieprzytomnego.
Po raz kolejny w życiu musiała zmierzyć się z uczuciami wobec swojego ojca. Nie potrafiła poradzić sobie z tymi wspomnieniami przez tyle lat. Wracały do niej w snach. Nawiedzały i budziły... furię. Tak bardzo bała się poczuć strach. Bo przecież pod furią czaił się dziki strach. Strach o własne życie. Strach spotęgowany tym, że obok oprawcy nie ma wybawiciela.
Wiedziałam, że musi skonfrontować się z ojcem. Teraz po latach, kiedy ma już na to siłę, kiedy nie jest dzieckiem całkowicie zdanym na rodziców.
- Czas, żeby pani powiedziała ojcu, co pani czuła będąc dzieckiem.
- Ale on już dawno nie żyje. Umarł podobno gdzieś w przytułku.
– Jednak żyje w pani. Może mu pani to powiedzieć, mimo że go już dawno nie ma tutaj, teraz.

Zrobiła to. Przyszła pewnego dnia i powiedziała, że jest gotowa. Wybrała jedną z poduszek, siadła naprzeciwko, potem wstała, bo uznała, że tak poczuje się pewniej, i wyrzuciła z siebie wszystkie pretensje, które nazbierały się do ojca w ciągu całego życia. Powiedziała o strachu z przeszłości, o lęku i gniewie. Powiedziała o tym, co teraz przeżywa wobec mężczyzn, że się ich boi i jest w związku z tym agresywna, że im nie ufa, ciągle podejrzewa, że spotka ją z ich strony coś złego. Powiedziała to z wielką siłą i przekonaniem. Zakończyła zdaniem, że go nienawidzi i że zmarnował jej życie. Poczuła ulgę, ale ja wiedziałam, że to dopiero początek drogi, że czeka ją jeszcze trudniejsza przeprawa. Jednak do tego potrzebny był czas.

Dobry moment pojawił się w sytuacji, kiedy przyszła przygnębiona tym, że jej matka nie potrafiła obronić jej przed sąsiadkami.
- Sąsiadka matki zaczęła komentować fakt, że nie mamy z mężem dzieci. Nazwała nas wygodnymi bogaczami, którzy wolą jeździć za granicę i kupować drogie auta niż poświęcić się wychowaniu dzieci. Mama nie potrafiła zareagować. Potem, zbolała, wszystko mi opowiedziała.
- Co pani wtedy poczuła?
- Zabolało mnie to mocno. Dlaczego nie mam w niej oparcia? Przecież wie, że nie jestem wygodną babą, która nie chce być matką.
- To nie pierwszy raz zawiodła się pani na niej i nie pierwszy raz nie obroniła pani...
Długo milczała. Czułam, jak walczy ze sobą i kolejnym odbrązowieniem, skonfrontowaniem się z nagą prawdą o jej życiu.
- Mówiłam jej: zostaw ojca, będziemy żyć spokojnie. Ale ona nic nie potrafiła zrobić. Może nie chciała. „Takie jest życie i trzeba nieść swój krzyż”, powtarzała. Czasami zwierzała mi się, że jest miłością jej życia i mimo że tak ją traktuje, nie wyobraża sobie życia bez niego. Skazywała nas obie, a potem i moją siostrę na poniżenie, upokorzenie, strach i gniew.

Matka Anny, jak wynikało z jej opowiadań, była osobą zupełnie bierną i zależną. Być może nawet tą uległością prowokowała swojego chorego męża do większej dawki agresji. Sama też musiała jej mieć sporo, ale dusiła ją skutecznie.
Prała, prasowała, nie narzekała, zarabiała na utrzymanie domu i nie potrafiła się bronić.
- A jak ojciec panią bił, to co wtedy robiła mama?
Anna skamieniała.
- Nie pamiętam – wyszeptała.
- Zachowywała się jak mała dziewczynka, prawda? Może jeszcze mniejsza niż pani?
Nie zaprzeczyła, tylko zrobiła się bardzo smutna.
- Zawsze było mi jej żal, że jest taka zapracowana, taka umęczona, źle ubrana, zaniedbana, dla nas.
- Bo była. Bardzo ciężko jest być samotną matką. Ale budziła pewnie i inne emocje, których bała się pani nawet poczuć.
- Złość, że go nie potrafi wyrzucić?
- To pewnie też.
- Ból, żal, że o nas nie dba, że o nas nie myśli, że myśli głównie o sobie. Tak, chyba bałam się to poczuć, że pod tą cierpiętnicą jest jeszcze coś. Coś niedobrego dla nas.
- Chyba nie mogła pani tego poczuć. Wtedy zostałaby pani zupełnie sama, a dla małego dziecka to po prostu niemożliwe do wyobrażenia.
- Wie pani, ja bałam się okropnie, że mama umrze i trafimy z siostrą do domu dziecka.
- A wie pani, że dzieci jak są złe na rodziców, to często wyobrażają sobie, że rodzice umierają i będzie spokój, a z drugiej strony okropnie boją się, że to się może stać, bo zostałyby same. I co gorsze, miewają fantazje, że mają taką moc sprawczą, by tę śmierć spowodować.
- Ja miałam takie myśli o ojcu. Chciałam, żeby umarł. Nawet modliłam się do Pana Boga, żeby umarł. O Boże, ja do tej pory myślę, że on przeze mnie skończył w tym przytułku, bo go mama w końcu przepędziła.
- Przepędziła, bo taką podjęła decyzję. To ona była dorosła i to była jej decyzja.
- Tak, to prawda, dopiero teraz to wyraźnie widzę. Przecież jak córeczka mojej siostry chce czegoś, co ja uważam, że dla niej jest niedobre - na przykład lody na patyku w środku zimy - to nie ulegam temu, tylko sama wiem, czy je kupić, czy nie.
Myślałam ile bólu i żalu musiało być w tej małej – do tej pory wciąż małej – dziewczynce. Znikąd pomocy. I tak ogromne poczucie opuszczenia. Przez oboje rodziców.

Ona też to bardzo mocno poczuła. Na następne spotkanie przyszła zapłakana.
- Coś sobie przypomniałam po ostatniej rozmowie. Coś, co chyba było najtrudniejsze, odkąd się spotykamy. Przypomniałam sobie, jak pewnego dnia ojciec wrócił jak zwykle pijany. Mama poprosiła go o pieniądze na buty dla mnie. Wtedy zaczął wrzeszczeć, że nie będzie robił na bękarta. A ona milczała. Nie powiedziała nic, tylko jak zwykle cierpiała w milczeniu.
Kiedy Anna to powiedziała, zaczęła szlochać. Szlochała całą godzinę i jeszcze kilka następnych. Przychodziła siadała i płakała. Przestała chodzić do pracy, leżała w domu i płakała. Przepłakała wiele dni. Przepłakała cale zmarnowane dzieciństwo, z którego do tej pory niewiele dobrego pamiętała.

A potem pewnego dnia przyszła spokojna, bez zwykłej zaczepności i pseudopewności siebie.
- Miałam potworne dzieciństwo. Nic i nikt tego nie zmieni. Muszę z tym żyć, pogodzić się, że tak było. Ale teraz jestem dorosła. Nikt nie będzie mnie poniżał, nie pozwolę na to, ale też nie muszę wszędzie węszyć, że ktoś chce zrobić mi krzywdę. Świat nie składa się wyłącznie z moich ojców i z moich matek. Są jeszcze na nim inni ludzie. Wielu innych ludzi, zwykłych, dobrych.
- Zna pani takich ludzi?
- Mój mąż, przyjaciółka, parę koleżanek z pracy. Znajdzie się kilku. – Zaśmiała się: – Jak by się dobrze przyjrzeć, to może i pani?
- A chce się pani zacząć przyglądać? – zrewanżowałam się.
- Tak, to jest coś czego mi brakowało przez tyle lat. Nie przyglądałam się. Od razu ustawiałam się w pozycji obronnej.
- Strasznie przy tym zaczepiając.
- Tak, wydawało mi się, że najlepszą formą obrony jest atak. Zanim cię spróbują skrzywdzić, pokaż, że się nie dasz.

Teraz nasze spotkania stały się inspiracją do przemyśleń na temat jej relacji z ludźmi. Na pierwszy ogień poszedł mąż.
- Patrzę na Piotra i widzę, zresztą zawsze to wiedziałam, że to bardzo dobry człowiek. Ale ciągle chciałam go kontrolować. Jedno piwo i już awantura, jakby musiał potem wypić jeszcze dziesięć. A nigdy tego nie robi. On po prostu lubi jedno piwo. Czasem więcej, gdy się z kimś spotykamy, ale nigdy nie zachowywał się agresywnie A ja jakbym wciąż oczekiwała, że to się stanie, i uważała, że jeśli będę go trzymać za twarz, to jego i siebie uchronię.
- Zwykłe drobne życiowe sprawy, we wszystko się wtrącałam nawet w ilość soli w zupie, kiedy on gotował.
- No, to jeszcze moment i mogłaby go pani zacząć bić, gdyby zrobił coś nie tak.
To był dla niej straszny cios, ale wiedziałam, że mogę sobie już w tym momencie na to pozwolić.
Milczała długo. Widziałam, jak intensywnie myśli, czuje i coś sobie uświadamia. Coś niezwykle ważnego, bo dotyczącego jej kobiecości, a może nawet problemów z niepłodnością.
- Więc upodobniłam się do mojego ojca...
- To chyba było lepsze rozwiązanie niż być taką jak pani matka.
Ogromnie dużo było wtedy milczenia, cudownego, twórczego, chociaż bolesnego.
- W gruncie rzeczy chyba bardziej nienawidziłam jej. On zawsze wychodził z wszystkiego cało. A ona siedziała taka zgnębiona, cicha, wzbudzała litość.
- Ale i złość.
- Tak, byłam na nią zła. Że o mnie nie dbała, tylko właściwie o siebie, bo był jej miłością. Nie myślała, co ja czuję, co ja przeżywam, kiedy on ją bije, kiedy rzuca mną o ścianę, dusi, szarpie za włosy i krzyczy, że jestem taka sama k... jak ona. Ja! Sześcioletnia dziewczynka!!!
- To ta nienawiść może zamrażać pani kobiecość.
- I dlatego nie mogę być matką...
- Matką, żoną, kochanką, kobietą. I może dlatego, że widzi pani w każdym mężczyźnie potencjalnego oprawcę, nie pozwala pani mężowi zostać ojcem pani dziecka, a ginekologowi pomóc, żeby to się stało.
- No, bo on także jest mężczyzną. O Boże! Nie przyznałam się pani, że długo nie mogliśmy skonsumować naszego związku, nie potrafiłam się po prostu oddać mojemu mężowi.
- No, i w jakimś sensie lekarzowi pod opiekę.
- Gorzej. Podejrzewałam, że chcą mnie nadużyć, jakoś, niekoniecznie seksualnie... chociaż i to mi przyszło do głowy. Ale jeden naprawdę był naciągaczem.
– Jeden z... ilu? Z siedmiu?
- No tak, to się zdarza - zaśmiała się z wyraźną ulgą - ale teraz potrafię już to rozpoznać.
Byłyśmy już na końcu drogi...

Coraz częściej Anna przemycała już w swoim wyglądzie drobiazgi z kobiecej garderoby. Nie rozmawiałyśmy o tym, chociaż zauważałam to i ogromnie się cieszyłam. Bałam się, że jeśli o tym powiem, wówczas – żeby pokazać swoją niezależność – zacznie chodzić w dresie. Najpierw pojawiły się dyskretne kolczyki, potem bransoleta, potem jakaś apaszka, torebka nie przypominająca aktówki. Ale ciągle spodnie.
- Czy pani nie lubi spódnic? Pytam tylko z ciekawości. - zagadałam na kolejnym spotkaniu.
- A pani nie lubi spodni? - odparowała natychmiast w swoim starym stylu.
Strzeliła celnie, bo faktyczny nie jest to mój ulubiony element garderoby.
- Hm...poddaję się.
- Dobrze. Remis. Miałabym ochotę na spódnicę ale jakoś boję się przymierzyć. Wydaje mi się, że będę wyglądała jak idiotka.
Ustaliłyśmy (po godzinie przekomarzania się i gadania o najnowszych trendach spódnicowych, na których – jak się okazało – świetnie się zna), że poprosi przyjaciółkę i wybiorą się na wędrówkę po sklepach.

Anna zakończyła terapię, nie zachodząc w ciążę. Chociaż bardzo chciała zostać mamą, nie czuła już tak silnej presji, że musi się to stać.
- Może sama mam pobyć teraz dzieckiem dla siebie? Zaopiekować się sobą? Pozwoliłam sekretarce podawać mi herbatę, a asystentce przygotować materiały na konferencje. Zaczęłam chodzić na basen. Nie umiem pływać. O tym zawsze marzyłam jako dziecko, ale nikt nie wpadł na to, żeby spełnić to moje marzenie. Chyba nawet nikogo o to nie poprosiłam.
- Kiedy unoszę się na wodzie, czuję się taka swobodna, lekka. Chociaż, zanim odważyłam się to zrobić,
minęło parę tygodni, ale instruktor był bardzo cierpliwym i serdecznym człowiekiem. Chyba rozumiał mój strach i nie naciskał.
W małżeństwie też co nieco się zmieniło. Zaczęła słuchać, co jej mąż ma do powiedzenia. Jej wrogość „na wszelki wypadek” powoli ustępowała miejsca ciekawości drugiego człowieka.
- Chyba przestałam się bać, że jeśli posłucham tego, co inni mają do powiedzenia, albo kiedy będę w jakichś sposób od nich zależna, to zrobią ze mną, co zechcą. Przecież to ja decyduję, czego tak naprawdę chcę, i mogę na to wpływać.
Kiedy to mówiła, wiedziałam, że nie jest to teoretyczna formułka, płynąca z głowy, tylko prawdziwa przemiana, dająca jej ulgę, a zarazem prawdziwą kontrolę nad tym, na co w życiu mamy wpływ. No i jeszcze ta zgoda, że na wiele spraw wpływu nie mamy...
Na to, kim są nasi rodzice, jak traktują swoje dzieci. Ale też i na naturę. Myślałam: Może Anna nigdy nie zostanie biologiczną matką? Może adoptuje czyjeś niechciane dziecko? Może jej życie upłynie bez doświadczenia macierzyństwa? Na razie odkrywała radość posiadania w sobie odrobiny dziecka, które ktoś kiedyś próbował zamordować.
Stała się jednak rzecz niezwykła z punktu widzenia medycyny konwencjonalnej, czyli oddzielającej ciało od psychiki. Anna zrobiła kolejne badania śluzu szyjkowego i okazało się, że już nie morduje plemników męża. Jej śluz stał się dla nich przychylny. Bariera immunologiczna znikła bez żadnej ingerencji farmakologicznej.

Zadzwoniła do mnie dwa lata później.
- Pani Bogdo, potrzebuję pomocy. Jestem w ósmym miesiącu ciąży i mam poważną cukrzycę. Grozi mi branie insuliny. Chciałabym spróbować jeszcze przyjrzeć się temu. Może zrobiła by mi pani wizualizację? Czuję, że to może mi pomóc. Być może ta cukrzyca jest do opanowania.

Ucieszyłam się ogromnie, ale jednocześnie w pierwszej chwili poczułam złość. Co jest, do diabła! Taka jest ludzka wdzięczność. Dlaczego nie zadzwoniła do mnie, osiem miesięcy wcześniej, że jest w ciąży? Zapomniała, że to JA jej pomogłam?
Po kilku godzinach ochłonęłam. Po pierwsze, może pomogłam, a może nie, kto to tak naprawdę wie? Po drugie, gdy jedna z nauczycielek w szkole mojej córeczki mówi: „moje dzieci”, ogarnia mnie złość, mam ochotę wstać i powiedzieć: „Przepraszam, to jest MOJE dziecko, a pani jest jej nauczycielką”.

Zrobiłyśmy tę wizualizację. Anna uniknęła insuliny.
- Nie mogłam do pani zadzwonić. Ciągle mam takie magiczne kawałki myślenia, że jak za bardzo będę się cieszyć i chwalić, to stanie się coś bardzo złego.
Rozumiałam to. W człowieku nie wszystko da się naprawić. Ale też i po co?
Anna urodziła zdrowego synka. A ja nadal nie kupiłam spodni.

*